poniedziałek, 11 lutego 2013

DLACZEGO MARTA NIE JEST SZALONA

Przed przeczytaniem skonsultuj się z treścią lub zapoznaj się z lekarzem lub farmaceutą, gdyż każdy tekst niewłaściwie stosowany zagraża Twojemu poczuciu humoru i może być niekompatybilny z lekami, które bierzesz (tzn. wywołać niepożądane reakcje).

Zaspałam. Przez cała noc śniły mi się wzory chemiczne (w tym alkoholi, co tłumaczy mój nieodpowiedzialny stan o poranku). W czwartek Sralentynki. Rozrysuję sobie na kartce anatomiczne serce i powtórzę nazwy zastawek.

Nuda. A ja mam ochotę zrobić coś szalonego. Chodziłabym do góry nogami, lecz na moim suficie znajduje się za mało rozpaćkanych zwłok komarów, by nazwać go samoprzylepnym. Trochę strach spaść. Weszłabym na dach po drabinie, ale nie umiem schodzić. Nie warto fatygować straży pożarnej. Weszłabym do wanny i krzyczała, że tonę, lecz nikt mnie nie będzie ratował. Pomalowałabym psy na zielono i udawała, że prowadzę na smyczy niby wymarły gatunek, brakujące ogniwo. Nie będę mówić, dlaczego tego nie zrobię.

Reszta moich pomysłów zagraża mojemu/czyjemuś życiu lub zdrowiu. Dlatego nie jestem szalona.

piątek, 25 stycznia 2013

Z PAMIĘTNIKA PUSTELNIKA

Dzisiaj mam dla Was fragment 'książki', którą pisałam, gdy musiałam na trochę rozstać się z Moim Chłopakiem. Jestem jedną z nielicznych i wierzę, że odległość (oczywiście nie na stałe) nie jest w stanie zniszczyć miłości, tym bardziej, gdy ta poparta jest przyjaźnią.
Dzisiaj pojechał znowu. Rozstajemy się ostatni raz. Jednak ja czuję się trochę jak za tym pierwszym.
Miłego czytania.

'Z pamiętnika pustelnika, czyli książka o dziewczynie, której chłopak wyjechał, z bardzo długim tytułem.'

Dzień pożegnania czyli dzień pierwszy
Ciężko. Siedzę w łazience i płaczę. Tata stoi pod drzwiami i śpiewa "nie płacz kiedy odjadę, kupię ci czekoladę". Tęsknię. Mam smarki pod nosem. I już nie wiem czy to one, czy łzy, ale mam w ustach słony smak któregoś z powyższych, a może obu.

Dzień drugi
Po wczorajszym płaczu wyglądam jak mały, smutny Chinczyk. Tata mówi, że szkoda, że pojechałeś, bo nie ma kto mu pomagać w ogrodzie. Mama nie pozwala mi mysleć, bo mówi, że kiedy myślę, bardziej tęsknię, wiec mam plan zajęć na cały dzien, co oznacza rycie w ogródku i dwa kilogramy waty do wypchania sobie głowy przez uszy. Nogi mi zarastają, ale nie mam po co ich golić. Wyciągnełam babcine gacie. Ubrałam sie na czarno i nawet nie wiem kiedy zaczęłam nucić pod nosem czołówkę z "Czterdziestolatka". Już czuję się stara.

Dzień trzeci.
Tak naprawdę jest to juz piąty dzień, ale kto by liczył. Nie ma czasu na codzienne pisanie. Byłam na zakupach i tak bardzo brakowało mi Twojgo głosu, który umila mi czas jęcząc 'długo jeszcze' i 'kiedy idziemy'. Nie uwierzysz, jak bardzo chce mi się płakać, kiedy widzę obściskującą się parę, ale zaraz przypomia mi sie mały, smutny chińczyk i chęć wylewania łez mnie opuszcza. Raczej nie widzę siebie na plantacji ryżu. Co u mnie? Mam dobrą wiadomość. Mój tata mówi, że jak wyjechałeś, zrobiło sie pusto w domu. Teraz nie masz żadnych podstaw, by stwierdzić, ze ktoś Cię jeszcze nie lubi. Nawet Zdzisław (mój komputer) przy Tobie jakby zawiesza się rzadziej. Późno już, ale nie jestem jedną z tych, która zasypia, gdy zamknie oczy, dlatego wolę zrobić coś produktywnego. Przypomina mi się historia z moją mamą w roli głównej, która ma skłonność do zasypiania w trakcie. W trakcie czego? Wszystkiego. Kąpieli, oglądania, czytania, jedzenia. I wcale nie chodzi o historię, w której zasypia ona z głową na stole podczas przygotowywania kolacji. Chociaż ta anegdota jest warta wspomnienia. Chodzi mi o sytuację, w której moja Mama zasnęła, jedząc czekoladę z orzechami. Czekolada ma to do siebie, ze lubi się rozpuszczac. Orzechy nie są już takie skłonne. Jakże wielka była irytacja Mamy, gdy po przebudzeniu powiedziała 'włożyliscie mi orzechy do buzi, gdy spałam'.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

POD PRYSZNICEM BRZMI SIĘ NAJLEPIEJ

- W lubuskim odkryto trutkę w wafelkach.
- Ale ja chcę czekoladę.
- Trutkę na szczury.

Nie wiem czy miałam to odebrać jako próbę zniechęcenia mnie do jedzenia słodyczy czy delikatną aluzję 'wyglądasz jak szczur, więc nie ryzykuj'. Tak czy siak, Mama potrafi mówić dobitnie.

Niektórzy palą, inni piją, a ja po prostu wciągam słodycze jak fotomodelki brzuch, którego ja, o dziwo, wciągać nie muszę. Wciąganie jest jak najbardziej kompatybilne z moim organizmem. Póki co. Nałogi, uzależnienia, złe nawyki. Zwał, jak zwał. Byle nie zawał. Być może słodycze mnie załatwią. Ale, po pierwsze, póki mogę, wybieram tryskanie endorfinami. Po drugie, coś musi mnie załatwić.

Mam jeszcze jeden nałóg. Nazywany 'śpiewaniem pod prysznicem'. Ja śpiewam w wannie. Fakt: pod przysłowiowym prysznicem brzmi się najlepiej. I szczerze wątpię, by było to zasługą akustyki wnętrza i tym podobnych. To po prostu złudzenie samotności, przypływ odwagi i przekonanie, że potrafię. Nikt nie widzi (co nie znaczy, że nikt nie słyszy) wyzwala z moich strun głosowych energię i swobodę. Jak brzmi swoboda, wie każdy mieszkaniec mojego domu. Moje rumieńce na twarzy są nasączone wstydem do granic możliwości, gdy po takim rozwiązłym koncercie wpadam na kogoś pod drzwiami łazienki.

Na taki akt swobody (mówię o człowieku trzeźwym i stosunkowo normalnym) można się zdobyć jedynie we własnym domu. O, nie raz zawstydziłabym Beyonce. Przed własnym lustrem wygląda się najlepiej. Nawet w męskich gaciach. Próbowałam wczoraj.

Nawet po zjedzeniu tony słodyczy. Albo dwóch. Dzisiaj może wciągnę trzy.

piątek, 18 stycznia 2013

COŚ

Cześć, tym razem to nie ja.

To Coś. Siedzi w mojej głowie i każe mi pisać. Coś nie ma fascynującego pomysłu na Tekst. Ale czuje, ze powinno się odezwać. A ja, niezbyt pewna czy można ufać plątaninie neuronów, mojej, jak i Cosia, stukam palcami w wirtualne literki. Coś napisze dziś 'Coś'. Będzie fajnie.

Każde 'Coś' powinno mieć koniec i początek. Ewentualnie dwa końce. Jednak lepiej nazywać jeden koniec początkiem. Wtedy wiadomo mniej więcej, z której strony ugryźć. Chodziłam po deszczu, a w ręce nosiłam złożony parasol. Coś było zadowolone. Daliśmy popalić neuronom. Tak paliły, że gdyby nie deszcz, dymiłoby wszystkimi możliwymi kominami. To dobrze, że padało, od dymu łzawią mi oczy. Jakiś czas temu powinien zacząć się Początek. Teraz to już za późno. Zrobimy Początek na drugim Końcu.

Coś jest z natury bardzo wesołe. Cieszy się rano, cieszy się wieczorem. Cieszy się, kiedy ja się cieszę, cieszy się, kiedy ja się smucę. Zawsze się do mnie cieszy. Czasami tak się cieszy, że z żalu, targana wyrzutami sumienia, że cieszy się samo, biorę je na ręcę i cieszymy się razem. Coś to taki zdrowy, dorodny okaz prawdziwego cieszenia.

Zazwyczaj nie zamyka drzwi, gdy wychodzi. A opuszcza mnie nagle, po cichu. Wychodzi. Przechodzi. Jak ręką odjął. Jak niezdefiniowana choroba. Zawsze wraca. Nie martwię się, czy sobie poradzi. Spokojnie czekam na ponowne uświadomienie sobie jego cichej obecności.

Nie lubimy mówić. Co najwyżej, uśmiechamy się. Czasami, napadowo, mam ochotę coś wymruczeć. Ale Echo. Echo niesie.

Na Koniec, albo na Drugi Początek, muszę dodać coś standardowego dla moich wypowiedzi. Wdepnęłam wczoraj w kupę.

sobota, 5 stycznia 2013

HALO, GDZIE JESTEŚ?

Już prawie dotykam dna świadomości i popadam w sen, a tu nagle prr, szalona. Walnęła mnie myśl, że światełka routera są bardzo denerwujące, że chyba chce mi się siku, że budzik w moim telefonie z pewnością nastawiony jest na złą godzinę i że może bym coś zjadła. Gdybym miała bardziej niepoukładane w głowie, odpaliłabym jeszcze starego, dobrego Zdzisława i zmieniła status na Facebooku na 'zirytowany'.

Ja znowu o spaniu, ale intryguje mnie ten temat. Przeczytałam gdzieś, że marzenia senne są zazwyczaj czarno-białe. Nie miałam o tym pojęcia, ale po wnikliwym przemyśleniu nurtującego moją głowę tematu, doszłam do wniosku, że być może to prawda. Chociaż wydaje mi się, że wszystkie moje sny są kolorowe (niekoniecznie w jakości HD), to mam parę takich, które nazywam 'najpiękniejszymi', a pamiętam z nich właśnie kolory. Po takim śnie budzę sie z wielkim 'wooooow' i zastanawiam się, jak moja wyobrażnia była w stanie stworzyć coś, czego świadomie nigdy bym nie wymyśliła. Pola kolorowego zboża, ścieżki pełnej wijących się, tęczowych salamander i wiecznie ciepłego, świecącego morza nie namalował jeszcze nikt. Gdybym miała na tyle rozwinięte mięśnie w rękach, by machać w te i we wte pędzlem przez parę godzin i cierpliwość, dzięki której nie miałabym ochoty tego pędzla zjeść, a także odrobinę więcej talentu artystycznego, tworzyłabym cuda. I nagle słowa 'kolorowych snów' nabierają innego znaczenia.

Zastanawialiście się kiedyś, gdzie jesteście, gdy śpicie? Statystyczne, nocne 8 godzin z każdej dobry znika ze świadomości. Może siedzimy jak bezmózgie kukły w jakimś miejscu bez ścian, podłogi i sufitu, oglądając ciemność. Sen to nasze małe, osobiste zakrzywienie czasoprzestrzenii. I czasami trudno się z niego wydostać.

Dzisiaj, godzina Zawcześniebywstać, Mój Pokój.
Mój Brat: Marta, obudź ... (wstawić imię Mojego Chłopaka) i niech przestawi auto albo da kluczyki.
Ja: Sam go obudź.
W tym momencie urwał mi się film. 'Obudziłam się' po około pięciu minutach i szturchnęłam Mojego Chłopaka
Ja: no daj mu te kluczyki.
Mój Chłopak: o co Ci chodzi?
Ja: no jak o co, przecież trzeba przestawić auto.
Mój Chłopak: przecież mu dałem, o co Ci chodzi?
Ja: a, to chyba spałam.
Mój Chłopak: nie spałaś. Miałaś otwarte oczy i na mnie patrzyłaś.

Gdzie byłam w tym czasie? Nie mam pojęcia. Obok mojego łóżka mogłoby wtedy przejść stado antylop, a nawet słoni, a nawet elfów, zapewne bym ich nie zarejestrowała. Co się stało z moim Rejestratorem? Co działo się z nim, gdy w środku nocy szukałam czapki pod łóżkiem i budziłam Rodziców, mówiąc 'dostanę jedynkę'? Co dzieje się z nim co noc? Czy sypiam w moim łóżku, czy może gdzieś poza granicą umysłu? I czy kiedyś się tam spotkamy?

wtorek, 1 stycznia 2013

BEZSENNOŚĆ

Spanie jest dla słabych. A 'twardym trzeba być, nie miętkim'. Zasypiam o 3, 4 w nocy, budzę się o... 8 rano z jakąś natrętną myślą czy nie wiem skąd mi znanym fragmentem piosenki w głowie, które już nie pozwolą mi zasnąć. I tak od 4 dni. Zazwyczaj bezsenność polega na problemach z zasypianiem. A rodzaj mojej bezsenności to raczej bezsenność wkopana głową w piach. Taka trochę odwrotna. O 8 rano jestem pieprzonym słowikiem, który fruwa nad zieloną łąką, natomiast o 15 ślepym dziadem w okularach z kubkiem kawy zamiast laski.

Mózg to dziwne narzędzie. Mój niektórymi wieczorami przypominał gramofon odtwarzający zaciętą płytę. Do dziś wzdryga mnie, gdy słyszę pewną piosenkę, która już jakieś dwa lata temu dudniła mi w głowie przez całą noc. Im bardziej starasz się zapomnieć, tym głośniej będzie wołać. Znalazłam jednak na to sposób. Zaczęłam zastępować te odtwarzające się w kółko ku mojemu sprzeciwowi piosenki innymi, które prawdopodobnie szybciej mi się znudzą. Po prostu wystarczy zanucić na siłę parę dżwięków. Reszta leci sama. I w pewnym upragnionym momencie wygasa. Albo (istnieje duże prawdopodobieństwo takiej ewentualności) trzeba ją zastąpić inną. Jedną, dwiema, ewentualnie siedmioma. Można równie dobrze biernie czekać na rozwój wydarzeń i skończyć o poranku z muzycznym kacem. Wiem z autopsji.

Mózg to wyjątkowo podstępna, oślizgła kreatura, czasami prosząca się o przebicie dzidą. Duet, jaki tworzą z radiem, które czasem wlewa mi do głowy jakieś pomyje, prowokujące moja nadszarpnięta cierpliwość, bez wątpienia można nazwać przyczyną bezsenności numer jeden.

Kac muzyczny, kac myślowy. To już nie tylko moralniak. To juz coś, co huczy wewnątrz Ciebie aż wreszcie umrzesz lub... wyśpisz się. Dobranoc.

wtorek, 25 grudnia 2012

MAŁE ORĘDZIE NIM PIERWSZA GWIAZDKA WZEJDZIE

Miałam to udostępnić przed wieczerzą wigilijną, jak wskazuje tytuł, lecz jakiś składnik mojego technicznego świata musial zawieść (tym razem nie Zdzisław, jego już prawie nie używam). Korzystając z okazji, że posiadam środek masowego (tak to nazwijmy) przekazu, chciałabym życzyć wszystkim stałym czytelnikom, jak i przypadkowym odwiedzającym magicznych, wspaniałych Swiąt, życia pełnego spelnionych marzeń, odwagi w dążeniu do celu i dużo uśmiechu nawet wśród szarych dni. Wszystkim kobietom i nielicznym mężczyznom życzę szybkiego uporania się z garami i odpoczynku, który w Święta istnieje chyba tylko po to, by odsapnąć po zaciekłej walce z karpiem i gorącym piekarnikiem. Wesołych Świąt! :)

piątek, 21 grudnia 2012

KOŃCA ŚWIATA NIE BĘDZIE

Gdyby dziś lub wczoraj jakiś człowiek wylizał cała podłogę w mojej Szkole, najadłby się. Kiermaszowe stoły trzeszczały pod ciężarem ciasta. Jedzenie. Pierwsze skojarzenie, które nasuwa się po usłyszeniu 'święta', no może zaraz po 'prezenty'. Leżę właśnie obrzucając moje otoczenie papierkami po słodyczach z mojej dziś otrzymanej paczki. Odsuwam myśli o dziurawych zębach i oddaję się czynności, która mi droga nad życie. W końcu przeżyłam koniec świata, co więcej może mi grozić.

W powietrzu czuje się przesycenie tematem. Mogłabym pisać o smutnym losie paru Chińczyków, którzy wydali miliony na swoje wszystkozłoodporne kapsuły, a teraz mogą je co najwyżej opchnąć na bazarze jakiemuś naiwnemu złomiarzowi, ale kto chciałby to czytać. Z drugiej strony, dzień jeszcze się nie skończył. W każdej chwili możemy spodziewać się wielkiego meteorytu z ogromną, samoprzylepną karteczką o tytule 'to za Martę' posłanego przez kolegów-kosmitów. W przestrzeni, nazywanej przez nas kosmosem zapewne roi się od istot, które dla rozrywki oglądają, jak dłubiemy sobie w nosie. 'Panie i Panowie, w kategorii efekty dźwiękowe, Oskara otrzymuje XYZ z filmu 'Wyjątkowo dorodna Koza', która/y to wydał(a) niesamowity pisk przerażenia na widok swojej nadzwyczajnie obrzydliwej kozy. Wielkie brawa!'.

Musiałabym znów powrócić do tematu jedzenia, lecz odrobinę to niestosowne i odrobinę nie na miejscu po opisie kozy z nosa. A nie, to blog Marty. Tu wszystko jest na miejscu. Pizza z ananasem numerem jeden na szkolna wigilię. I teraz pomysły na to, co można zrobić z ananasem z pizzy:
1) zjeść w formie podanej przez kucharza, tj. z kawałkiem pizzy
2) obtoczyć w ketchupie i przetoczyć przez stół, a na podstawie powstałej drogi i zmierzonego czasu wyliczyc prędkość, następnie zrobić to kawałkiem ananasa nieobtoczonym w ketchupie i sprawdzić tym samym zależność prędkości od ketchupu
3) nabić na widelec, wsadzić do kubka z barszczem i udawać, że to świąteczna dekoracja, będąca ostatnim krzykiem mody
4) pokroić go na mniejsze kawałki, tworząc tym samym monosałatkę owocową (dla urozmaicenia polać ketchupem)
5) zostawić na ofiarę krwożerczym istotom, które mają doprowadzić do końca świata i podarować im go w zamian za ocalenie
Tak właśnie kończy sie historia o tym, jak ludzkość uniknęła końca świata.

sobota, 15 grudnia 2012

ŻAL ODCHODZIĆ

Kiedy wydawało mi się, że decyzja o ostatecznym zawieszeniu bloga zapadła, ktoś spytał mnie "a Ty w ogóle jeszcze piszesz?". Czy ja w ogóle jeszcze piszę? Nie, nie piszę. Nie, nie będę pisać. Tak, blog umarł. Trzymałam się tego stwierdzenia, tłumacząc się brakiem czasu, choć jakiś żal cisnął niemiłosiernie. Trzymałam się... do dzisiaj. Bo czy można zostawić coś, co dało mi poczucie, że ktoś chce wiedzieć, co myślę, że ktoś czeka, aż go rozbawię, że ktoś czeka, aż coś napiszę? Nie, nie można. Dlatego jestem. Przypuszczam, że wszyscy o mnie zapomnieli. Lecz przecież nic nie tracę, zaczynam na nowo.

Cześć, jestem Marta. Maturalna klasa robi ze mnie robota o programie matura-już-za-pięć-miesięcy (o ile dobrze policzyłam) i chyba ukradła mi mózg, choć śmiem w to wątpić, gdyż moja głowa dzisiaj pulsuje bólem. Z tego powodu też bardziej prawdopodobna jest teoria o nazwie "mózg mi przerósł". Sumując, nie jestem w stanie dziś rozmawiać o czymś bardziej wyniosłym od pogody. I tutaj nie mogę oprzeć się pokusie, jestem wręcz zmuszona pogratulować wszystkim odpowiedzialnym za fakt, iż śnieg z dróg teleportował się na chodniki. Mój tyłek co najmniej raz dziennie ląduje w zaspach. Dziękuję! Gdyby nie wy, lądowałabym na twardej płycie chodnikowej...

Jak ktoś lubi latać, musi być przecież gotowym na lądowania. A ja teraz latać będę wyjątkowo wysoko, bo wracam i radość mnie rozpiera. I rozpierałaby mnie jeszcze bardziej, gdyby nie irytująca, skacząca jak pełen uniesienia zając po marchewkowym polu reklama w prawym rogu mojego monitora o napisie "gratulacje, wygrałeś iPada2!", której pozbycie się graniczy z cudem.

Coś mnie czasem rozpierało od wewnątrz, moja ręka czasami bez świadomego udziału mej skromnej osoby biegała po klawiaturze, pisząc jakieś wyrazy, zdania, których nigdy nie opublikowałam. A teraz, jam jest jak ten młody bóg. Już nie odejdę.

Spieszmy się czytać blogi, tak szybko odchodzą.

sobota, 21 lipca 2012

CO ZE MNIE WYROŚNIE?

Blog zdycha pod warstwą kurzu. Ale "nie ma opier.alania się." Ja też zdycham. W pracy. I to właśnie przyczyna zaniedbania.

Arbeit macht frei. Moja wolność przejawia się w postaci zmęczenia. Plusy: oczywista oczywistość, czyli pieniądze i zaskakująca nieoczywistość, czyli zmiana granic wytrzymałości. Da się.

Zasada numer jeden: nie wynoś pracy do domu. W związku z tym nie o pracy. O piosence z dzieciństwa, która była jedną z nielicznych rzeczy, jakie sprawiły, że poczułam jego (dzieciństwa oczywiście) smak.
Kulfon, Kulfon, co z Ciebie wyrośnie? Martwię się już od tygodnia. Zębów nie myjesz, kolegów wciąż bijesz i dziurę masz w najnowszych spodniach. Znacie?

Jest jeszcze jeden smak z dzieciństwa. Głupia rzecz, o której jakimś przypadkiem nie zapomniałam. Nie za bardzo wiem, co to jest. Pamiętam tylko smak. Kulki z niewiemczego w białej i czarnej czekoladzie. Nie spotkałam ich już nigdzie. Ten smak ginie jak mój blog, który dawno nie był wietrzony. Ale jak nazwa wskazuje, jest mój, więc mogę odpoczywać. Bo to zawsze jakaś odmiana. Nikt nie pogania. Nikt nie patrzy mi na ręce.

Nie będe pisać kiedy wróce, bo ja tutaj cały czas jestem. Czasem tylko lubię sobie wypić gorącą czekoladę i spać do południa. Ot i cała filozofia.

I ostatnia sprawa:  Muszle klozetowe dzielą się na dobre i niedobre. Niedobre to te, z których woda chapie Ci  na tyłek, kiedy robisz większą kupę i te, które są zapchane. Dobre - cała reszta. Koniec klasyfikacji. Łatwo można zgadnąć, którego kibla używanie nasuwa takie refleksje. Będąc przy temacie - papier toaletowy również dzieli się na dwie grupy. Na odporny na wycieranie (tzn. nie rozrywający się podczas...) i ... ten niedobry... Całe szczęście nie mam konkretnego powodu, by to pisać. Bla bla bla. Kury sikają do góry, a krowa to piękny ptak, tylko skrzydeł jej brak.